DZIECIĘCE MARZENIA KONTRA RZECZYWISTOŚĆ

Pamiętacie kim chcieliście zostać w dzieciństwie? Jakie były Wasze dziecięce marzenia, w świecie bez strachu o to, co powiedzą inni? Moje dzieciństwo, to czasy gier na kasetach i niekończących się kolejek po cholera wie co. Kreatywność dzieciaków w tamtych czasach była ogromna, a wyobraźnia jeszcze większa. Wtedy jeszcze nie serwowano dziecięcych marzeń w postaci gotowej papki aplikowanej przez media.

Dawno, dawno temu…


Pierwsze co przychodzi mi do głowy, to dinozaury. Uwielbiałem wpatrywać się w obrazki na których te przeogromne stworzenia zajmowały się prozą dnia codziennego. Wyobrażałem sobie, że trafiam do ich świata i spaceruję wśród nich. Gdy zrozumiałem, że “trochę” nie bardzo da się to marzenie spełnić, pojawiło się kolejne. Zostanę paleontologiem. Logiczne przecież. Miałem swoją ulubioną książkę, która była naprawdę świetnie wydana. Masa ilustracji, opisów, ciekawostek. Ale najbardziej lubiłem szukać największych lub najmniejszych okazów. Pamiętam, że tapeta w pokoju była w dinozaury, na półce miałem uproszczony model szkieletu Tyranozaura. Jednym słowem spełniałem wszystkie wymogi.

Miałem nawet swoje pierwsze próby wykopaliskowe. Koledzy, piaskownica i każdemu po łopatce i wiaderku. Co mogło pójść nie tak? Kopaliśmy naprawdę długo, a rów z każdą godziną powiększał się. Im głębiej, tym było chłodniej. Aż poczuliśmy, że robi się coraz cieplej. “No nic chłopaki, kończymy, bo jesteśmy za blisko jądra Ziemi”. Ale to tylko zmęczenie dało o sobie znać. Żar padający z nieba też nie pomagał. Przy wychodzeniu z dziury były niemałe problemy. Okazała się tak duża, że z łatwością zmieściłby się tam dorosły człowiek. Oczywiście na stojąco. Wykopaliśmy wszystko co dało się wykopać. Nie wymiękliśmy, a jedyne co nam przeszkodziło w dalszym kopaniu, to zbity żwir. Zbyt twardy na nasz plastikowy sprzęt. Nie wiedzieliśmy co to jest, ale po wykopaliskach poszedłem za potrzebą w krzaki oddzielające plac od bocznej drogi. Wróciłem do kolegów i poprosiłem aby poszli za mną. “Patrzcie do czego się dokopaliśmy!”. Do poziomu drogi. Plac był położony na nasypie, a my przebiliśmy się przez tę warstwę. Dostaliśmy taki opierdol od starszych sąsiadek, że głowa mała. “Co wy najlepszego zrobiliście! Dzieci tam powpadają! Zakopcie to natychmiast” Pełen sukces!

Naturalna kolej rzeczy


Trochę podrosłem. Nastały czasy kanciastych cycków Lary i napojów w torebkach. Pojawiła się kolejna pasja, NBA. Był to okres świetności Michaela Jordana. Każdy, nawet biały dzieciak chciał być jak Jordan. Rozegranych meczów na osiedlowych boiskach nie zliczę. W TV emitowany był program o NBA. Coś w rodzaju skrótów tygodnia. Zaczynał się akurat kiedy ja kończyłem ostatnią lekcję. Biegłem całą drogę do domu, tylko po to, by zdążyć na najlepszą część programu, czyli TOP 10! Było, to coś w rodzaju najlepszych akcji. Nie było wtedy “jutubów” więc na tego typu kompilację czekało się jak na prezent. Po takiej dawce cudownych zagrań, dzieciak jak to dzieciak, chciał naśladować zawodników NBA.

Metody były przeróżne, ale cel jeden. Dotknąć ręką obręczy, a dla obdarzonych większym wzrostem, “wpakować” piłkę do kosza. Dodatkowe „punkty” przyznawane były za zawiśnięcie na obręczy. Często wracałem do domu utykając z powodu skręconej kostki, ale będą dzieckiem doceniało się takie małe “przyjemności”. Było warto męczyć się cały dzień z przyciągnięciem ogromnego kamienia pod kosz, służącego za „trampolinę”. A wszystko tylko po to, aby po 15 min skakania, bilans ofiar był równy 100%.

dziecięce marzenia + ołówek


Zastanawiacie się co będzie kolejne? Nie wspomniałem o jednej dość istotnej sprawie. O zamiłowaniu do rysowania. Pamiętam, że rysowałem zarówno dinozaury jak i portret Michaela Jordana, czy logo jego drużyny. Rysunek był tym, co łączyło moje zainteresowania. Nie potrafiłem interesować się czymś tak po prostu. Zawsze pojawiała się chęć narysowania czegoś powiązanego z zainteresowaniem. Później kształciłem się w kierunku plastycznym.

Skąd się wzięła fotografia?


Zapytacie pewnie, gdzie w tym wszystkim jest fotografia i jak ją odkryłem. Przez większośc życia nie było jej wcale. Zupełnie mnie do niej nie ciągnęło. Mieliśmy w „plastyku” zajęcia z fotografii. Zaliczenie wymagało dostarczenia zdjęć na wybrany temat. Nie miałem wtedy nawet aparatu. Kupiłem jakąś tanią “małpkę”. Nie powiem, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Głównie fotografowałem w trybie macro. Ogół świata mnie nie interesował na tamten moment. Skupiałem się na szczegółach. Przy zaliczeniu usłyszałem pozytywne słowa. Wykładowca odniósł się do jakiegoś znanego fotografa, że styl podobny i takie tam. Ale ja tego nie zanotowałem, bo nie miałem nawet podstawowej wiedzy o tym świecie.

Później fotografowałem częściej. Sprawiało mi to sporą frajdę. Kupiłem droższy aparat, ale ciągle zostawałem przy cyfrówkach bez wymiennej optyki.

Krzysztof Jeżyna Fotografia Blog Dziecięce Marzenia Kontra Rzeczywistość Fotografie

Krzysztof Jeżyna Fotografia Blog Dziecięce Marzenia Kontra Rzeczywistość Fotografie

Szybko wymieniłem ten model na lustrzankę. Ten wybór mogę uznać za przełomowy, w pełni uzasadniony, a przede wszystkim… świadomy. Moja pierwszą lustrzanką był Nikon D60.

W międzyczasie uczyłem się Photoshopa. W sumie bardziej była to zabawa, ale uważam, że w ten sposób wiedzę przyswaja się najlepiej.

Krzysztof Jeżyna Fotografia Blog Dziecięce Marzenia Kontra Rzeczywistość Fotografie

DZIECIĘCE MARZENIA KONTRA RZECZYWISTOŚĆ


Tak teraz patrzę na obecność rysunku przy moich zainteresowaniach i myślę, że zawsze miałem pragnienie uwieczniania rzeczywistości i tego co mnie interesuje. Posługiwałem się tylko innym narzędziem. Fotografia nie była  w moim życiu olśnieniem, czy miłością od pierwszego wejrzenia. Trafiłem na nią i żyłem razem dość długo nim doceniłem jej obecność. A jeśli chodzi o dziecięce marzenia, to dorośli mają nad dziećmi jedną przewagę. Mogą marzenia zamieniać w cel.

Brak komentarzy

Skomentuj